162016Wrz
Pierwszy wyjazd za mną – opieka nad osobą starszą może okazać się całkiem fajną przygodą

Pierwszy wyjazd za mną – opieka nad osobą starszą może okazać się całkiem fajną przygodą

Trudno jest podejmować decyzje, które zaważą na naszym życiu; trudno jest stawiać odważne kroki. Zrobienie bilansu zysków i strat też nie zawsze pomaga, tym bardziej, że w naszej codzienności jest wiele niewiadomych, a nasza natura zasiewa w nas wątpliwości, w obawie, by nie spaść z powiedzeniowego deszczu pod rynnę. My znamy jednak wiele historii, w których nasze Bohaterki podjęły ryzyko i wzięły życie w swoje ręce. Postawiły odważne kroki i odmieniły dolę swoją oraz częstokroć swoich rodzin.

Bohaterka nr 1 – Pani Zofia

Moja historia zabrzmi dość banalnie. Czekałam, by zaznać słodkiego życia emeryta; do dzisiaj pamiętam dzień otrzymania pisma o przyznaniu emerytury i związaną z tym radość. Moje szczęście nie trwało jednak ani tygodnia. Po kilku dniach moja dorosła córka usłyszała od lekarza diagnozę stwardnienia rozsianego. Informacja spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Mój mąż dostał trzeciego zawału serca. Nasze poukładane życie legło w gruzach, a oszczędności okazały się nie starczyć na walkę z przeciwnościami.

Koleżanka podpowiedziała mi, że przecież nie jestem w ciemię bita i z pewnością spisałabym się w pracy jako Opiekunka osób starszych w Niemczech. Na początku pomysł wydał mi się absurdalny! Co prawda miałam wcześniej kontakt z opieką, ale nigdy nie zawodowo. Z prowadzeniem domu oczywiście nie miałam problemu, do tego jedzenie wszyscy zawsze wychwalali, ale czy umiałabym to robić u kogoś innego? Ogarniały mnie wątpliwości. Poprowadzona przez koleżankę trafiłam jednak do firmy LAXO. Zapisałam się na kurs językowy, ale nauka szła mi jednak – ku mojemu ubolewaniu – bardzo opornie. Sama nie wiem czy z uwagi na mój wiek, czy na problemy rodzinne, które spędzały mi sen z powiek. Ostatecznie pojawiła się oferta pracy, którą mi przedstawiono. Pan Karl był bardzo schorowany, potrzebował pomocy we wszystkich codziennych czynnościach. Na początku nie wiedziałam czy dobrze robię, godząc się na wyjazd, ale ostatecznie do odważnych świat należy, jak to mówią. Rodzina Seniora zaakceptowała mnie, mimo moich bardzo wyraźnych braków w znajomości języka niemieckiego. Zaczęło się szykowanie i pierwsze troski – jakie ubrania zabrać, czy ręczniki należy mieć swoje, jaki upominek wziąć ze sobą i czy w ogóle wypada? Dzisiaj chce mi się śmiać z ówczesnych „problemów”. Rodzina mnie jednak wspierała w mojej inicjatywie i jakoś przebrnęłam przez ten trudny okres.

Z dworca miała mnie odebrać córka Pana Karla. Firma mnie poinformowała, że otrzymała kopię mojego zdjęcia, więc na pewno się odnajdziemy. Siedzę zatem na dworcu i czekam, kolejne minuty mijają, aż pomyślałam, że może zmienili zdanie i mnie nie chcą. Same czarne scenariusze w głowie. Tymczasem niedaleko mnie stała para, która mnie bacznie obserwowała. W pewnym momencie wyciągnęli telefon i zaczęli gdzieś dzwonić. Po kilku sekundach odezwała się moja komórka, na której pojawił się obcy numer. Znajoma para, gdy zobaczyła, że podnoszę telefon, pomachała do mnie. To były pierwsze oznaki serdeczności rodziny, do której trafiłam. Wyściskaliśmy się, weszłam do samochodu i nagle… czarna dziura w głowie! Nie umiałam wydobyć z siebie ani jednego zdania po niemiecku, nawet „Ich bin Zofia” ograniczyło się jedynie do wykrzesania z siebie mojego imienia. Córka Pana Karla cały czas się uśmiechała i powtarzała „Kein Problem, kein Problem”, co doprowadziło mnie do szewskiej pasji! Przecież wiedzieli, że nie mówię zbyt dobrze po niemiecku – to w czym widzą problem?!

Dojechaliśmy do Seniora, który okazał się niezwykle ciepłych człowiekiem. Ciągle powtarzał „danke” i „kein Problem”, i o ile „danke” już rozumiałam, tak nie mogłam pojąć, o co im chodzi z tym problemem. Złapałam telefon i zadzwoniłam do LAXO. Niepewnym głosem pytam czy rodzina nie chce mnie przypadkiem odesłać, bo cały czas powtarzają „kein Problem”. Bałam się przymusu powrotu do domu po kilku dniach, tym bardziej, że szybko odnalazłam się pod dachem Pana Karla! Nagle w słuchawce usłyszałam śmiech, co dodatkowo mnie poirytowało, aż usłyszałam, że „kein Problem”, to „ŻADEN problem”, że rodzina mnie uspokaja, mówiąc „Nie ma problemu”. Kamień spadł mi z serca i sama zaniosłam się śmiechem. Takie to były te moje początki w nowej „branży”.

U Pana Karla spędziłam cztery lata. To był wspaniały człowiek. Cierpliwie każdego dnia uczył mnie niemieckiego. Poza tym bardzo godnie znosił swoje choroby i ograniczenia. Mnie traktował bardzo dobrze, za wszystko dziękował, a jego pogodny wyraz twarzy pomagał przegonić wszystkie moje troski.

Dzięki mojej pracy córka mogła podjąć kosztowne leczenie, które zahamowało rozwój choroby. Oczywiście mieliśmy ciężkie chwile i przeżywaliśmy rozstanie, jednak wiedziałam, że robię to w szczytnym celu. Do tego odkryłam, jakim cudem może okazać się dla drugiego człowieka moja, zdawałoby się, że nieznaczna, pomoc; pomoc przy umyciu, ubraniu, podaniu szklanki wody – przy zwykłych, codziennych czynnościach, które my wykonujemy odruchowo, a które dla starszego, schorowanego człowieka są wyzwaniem.

Dziękuję losowi za danie mi szansy. Odkryłam, że moim powołaniem nie jest słodkie życie emeryta, lecz dawanie siebie innym, wspieranie innych, bycie użytecznym. Dzięki temu czuję się spełniona, a moje życie godne.